Wybrane Posty

Co ciekawi mnie w muzyce? Zastanawialiście się kiedyś jakie czynniki powodują, że lubicie jakiś utwór? Dlaczego jest tak, że po pierwszym przesłuchaniu jakiejś piosenki jesteście w stanie zachwycić sie nią? W moim...

Czytaj dalej

Herbata - co i jak Herbata jest napojem, który towarzyszy nam na co dzień. Niewiele jest jednak osób, które przywiązują wagę do tego co i jak piją. Kupujemy ekspresówki, herbatki smakowe, czy też ziołowe. Kiedyś...

Czytaj dalej

Tortilla ziemniaczana z dodatkami Niedawno znalazłem przepis na tortillę ziemniaczaną i zainspirowało mnie to do poeksperymentowania. Jako, że samą tortillę robi się mniej więcej tak samo - ekperyment dotyczył tego, co na nią...

Czytaj dalej

Jestem jak Fin, czyli słowo o języku angielskim Języka angielskiego uczę się od wielu lat. W dzisiejszych czasach jego znajomość jest bezdyskusyjnie przydatna, a często wręcz wymagana. Większość młodych Polaków uczy lub uczyła się tego...

Czytaj dalej

Język (nie do końca) rozpoznawalny W poniedziałek, 15 września 2008 roku, zakończyłem oficjalnie pisanie pracy magisterskiej i złożyłem ją w dziekanacie. Jako, że nie wszyscy wiedzą o czym pisałem, postaram się przedstawić...

Czytaj dalej

Co ciekawi mnie w muzyce?

Napisał EChO w kategorii Muzyka 13 wrz 2009

1

Zastanawiali­ście się kiedyś jakie czyn­niki powodują, że lubicie jakiś utwór? Dlaczego jest tak, że po pierw­szym prze­słuchaniu jakiejś piosenki jeste­ście w stanie zachwycić sie nią? W moim przy­padku czyn­nikiem pod­stawowym jest zaskoczenie.

Muzyka

Naj­więcej uwagi pod­czas słuchania piosenki poświęcam muzyce. W zasadzie jestem w stanie bar­dzo polubić coś, co ma banalny tekst o niczym, ale jest genial­nie skom­ponowane. Zresztą tekst nawet nie musi ist­nieć. Muzyka bar­dzo wielu popo­wych utworów napisana jest według schematu. Po usłyszeniu kilku dźwięków jestem w stanie prze­widzieć jakie będą kolejne. Nie­stety zwykle taki utwór łatwo się sprzeda i wpad­nie ludziom w ucho. Bo czyż nie lubimy bar­dziej czegoś, co już znamy? Błąd! Może jest to prze­pis na krót­ko­trwały hit, ale nie na długo pamiętane dzieło. Takich utworów nie­sztam­powych jest wiele w jaz­zie, no i oczywi­ście w muzyce poważ­nej. Ale na szczę­ście nie tylko. Czy byłoby ciekawie gdyby teraz 100 procent popular­nej muzyki brzmiało jak od Timbalanda?

Tekst

Dla wielu — sens piosenki, dla mnie — ciekawy dodatek. Słowa budują historię i prze­kazują jakieś myśli. Ale czy na pewno zawsze tekst musi mieć głęboki sens?

W piosen­kach jest trochę jak w fil­mach. A w nich szukam oryginal­nej historii, nie­samowitej, nie­tuzin­kowej i pozostawiającej coś po sobie w głowie. Nie lubię opowie­ści o życiu codzien­nym, o wiel­kich problemach, które widzę na co dzień u siebie lub w moim otoczeniu. Szukam czegoś innego. Podob­nych rzeczy szukam w tek­ście piosenki — nie­praw­dopodob­nej historii lub abs­trak­cji — gry słów lub zabawy słowami.

Żeby lepiej zobrazować to o czym mówię, podam przy­kład utworu „Lemur” zespołu Kury. Tekst jest o niczym, historia nie ma więk­szego sensu, ale od początku do samego końca czekam w napięciu na kolejne słowa. Zabawa słowem to także domena zespołu Pogodno. W ich przy­padku nie trzeba szukać kon­kret­nego utworu — można coś wybrać na chybił trafił.

Kula się Prój Skaj statek
(Krzywo, ale)
Kula się Prój Skaj statek
Prosto, ale trzyma się
Folio, ale port nie wie gdzie

To jest właśnie to, czego szukam w muzyce, co powoduje, że mogę słuchać czegoś wielo­krot­nie i trudno o znudzenie. A co jest dla Was naj­waż­niej­sze w ciekawej piosence? Czekam na komentarze.

Eksperymenty z kurczakiem

Napisał EChO w kategorii Kulinaria 28 lut 2009

Tagi: ,

0

Dzisiejsze danie

Dzisiej­sze danie

Pierś z kur­czaka to taka uniwer­salna bestia, z którą można robić cuda. Wystar­czy pokroić ją w kostkę, wrzucić na patel­nię, a potem — eks­perymen­tować z dodat­kami. Można zrobić z tego danie na ostro, łagod­nie, a nawet na słodko. Dzisiaj właśnie eks­perymen­towałem z kil­koma dodatkami.

Zacząłem od pod­smażenia pokrojonych piersi na oliwie. Gdy mięsko ścięło się z obu stron, dodałem czarny pieprz, przy­prawę typu „Warzywko” (zamiast soli) i trochę posiekanego czosnku. Potem dorzuciłem pokrojoną w krót­kie paski świeżą paprykę czer­woną i po kilku minutach smażenia dolałem trochę wody, żeby wszystko zaczęło się dusić. W międzyczasie na drugiej patelni pod­smażyłem mig­dały w płat­kach. Gdy się już zarumieniły — dodałem je do potrawy. To był właśnie ten pierw­szy eks­peryment — na szczę­ście kom­ponuje się to cał­kiem dobrze :-)

Drugim eks­perymen­tem było dodanie roz­marynu. Pod­czas gdy mięsko się dusiło, przy­gotowałem sos pomidorowy z resz­tek innych sosów. Głów­nym skład­nikiem był wynalazek pod tytułem „sos do potraw z woka” (słodko-pikantny), do tego trochę naj­lep­szego pikant­nego keczupu z Włocławka, no i odrobina bar­dzo pikant­nego sosu sam­bal oelek. Dosypałem do tego trochę papryki w proszku i dokład­nie wymieszałem z odrobiną gorącej wody. Tak przy­gotowany sos wlałem na patel­nię do duszącego się eks­perymentu. Chyba już czas ugotować ryż :-)

Gdy potrawa została już cał­kiem uduszona, a ryż właśnie doszedł, nastąpiło zwień­czenie eks­perymentu za pomocą wyłożenia owego ryżu na talerz i polania go zawar­to­ścią patelni.

Eksperyment z bliska

Eks­peryment z bliska

Eks­peryment udany! Dzisiej­szy obiad zjadłem ze smakiem, popijając piwkiem.

Jestem jak Fin, czyli słowo o języku angielskim

Napisał EChO w kategorii Osobiste, Społeczeństwo 26 lut 2009

Tagi: ,

1

Języka angiel­skiego uczę się od wielu lat. W dzisiej­szych czasach jego znajomość jest bez­dyskusyj­nie przy­datna, a często wręcz wymagana. Więk­szość młodych Polaków uczy lub uczyła się tego języka na różne spo­soby w swoim życiu. W szkole kładzie się naj­więk­szy nacisk na znajomość zasad języka — gramatyki, popraw­nej ortografii i wymowy. Jed­nak przy for­mułowaniu myśli w tym języku pojawiają się problemy. Ja miałem stosun­kowo nie­wiele do czynienia z tym językiem na co dzień w mowie. Więcej — w piśmie, szczegól­nie korzystając z Inter­netu. Dlatego nie mam problemu z popraw­nym pisaniem po angiel­sku, czy też ze zro­zumieniem artykułów, które czytam.
Ostat­nio, próbując uczyć się pod­staw języka fiń­skiego, natrafiłem na ciekawy artykuł, napisany przez Fina, a dotyczący znajomo­ści języka angiel­skiego przez Finów. Pisze on:

„(…) in a typical conver­sation between people from dif­ferent nations, the Finn is still trying to for­mulate his first gram­matically cor­rect sen­tence when others have chan­ged the topic a few times”,

czyli:

„(…) w typowej roz­mowie między ludźmi o róż­nej narodowo­ści, Fin jesz­cze ciągle składa swoje pierw­sze gramatycz­nie poprawne zdanie, pod­czas gdy inni zdążyli już zmienić temat wiele razy”.

To zdanie doskonale oddaje to, co czuję pod­czas roz­mów po angiel­sku. Jest to o tyle ważne, że ten język jest w mojej pracy pod­stawowym językiem komunikacji z pracow­nikami z innych krajów, a takie kon­takty są częste.
Podobieństw między Polakami i Finami w kwestii nauki języków jest sporo. Nacisk na popraw­ność gramatyczną, na popraw­ność (mniej więcej) wymowy. Mamy też wyrazy, tzw. „false friends”, które brzmią podob­nie w angiel­skim, jak i w polskim/fińskim, ale znaczą coś innego. Jed­nak zdecydowanie lepiej jest u Finów z osłuchaniem się języka angiel­skiego. Przede wszyst­kim, filmy w telewizji są tam nadawane w oryginale, z pod­pisami. W Pol­sce nie­stety jest to ciągle wyjątkiem.

Jeśli chcecie wiedzieć więcej — zaj­rzyj­cie na wyżej zlin­kowaną stronę.

Tortilla ziemniaczana z dodatkami

Napisał EChO w kategorii Kulinaria 28 sty 2009

Tagi: ,

0

Nie­dawno znalazłem prze­pis na tor­tillę ziem­niaczaną i zain­spirowało mnie to do poeks­perymen­towania. Jako, że samą tor­tillę robi się mniej więcej tak samo — ekperyment dotyczył tego, co na nią położyć. I udał się :-)

Do przy­rządzenia tor­tilli potrzebujemy:

  • ziem­niaki (1 duży lub 2 mniej­sze na osobę)
  • jajka (2 na osobę)
  • mleko

Ziem­niaki kroimy w kostkę, dość drobną (chociaż to zależy od upodobań). Następ­nie smażymy je na oleju aż do zbrązowienia z wierz­chu. W międzyczasie roz­bijamy jajka do miseczki lub kubka i roz­beł­tujemy je z dodat­kiem mleka i przy­praw. Dobrze jest dodać soli i pieprzu, ale kwestia przy­praw zależy od upodobań. Gdy ziem­niaki się już przy­smażą, odlewamy więk­szość oleju z patelni, roz­kładamy ziem­niaki w miarę rów­nomier­nie na całej jej powierzchni i zalewamy jaj­kami. Po kilku minutach prze­wracamy placka na drugą stronę, pomagając sobie np. dużym płaskim talerzem, i smażymy jesz­cze minutę lub dwie. Tor­tilla jest gotowa!

Dodatki do tor­tilli można potrak­tować jak dodatki do pizzy. Ja poszedłem na łatwiznę i wykorzystałem do tego resztki wędlin, pokrojone nie­zbyt drobno i cebulę pokrojoną w kostkę. Doprawiamy według uznania i pod­smażamy na patelni. Następ­nie nakładamy na wierzch tor­tilli. Do tego przy­dałby się jakiś sos.

Znów idąc po linii naj­mniej­szego oporu, robimy sos pomidorowy. Do ron­delka wrzucamy kostkę rosołową, zalewamy wrząt­kiem (jakieś pół szklanki wystar­czy), wlewamy prze­cier pomidorowy (ale nie kon­cen­trat!), doprawiamy odrobiną czosnku i pieprzu ziołowego, a potem gotujemy, mieszając co jakiś czas. Możemy pogotować tak kil­kana­ście minut, żeby odparować trochę wody. Taki sos w zupeł­no­ści wystar­czy na naszą tortillę.

Tortilla ziemniaczana

Potrawa prezen­tuje się cał­kiem ładnie, a przede wszyst­kim jest smaczna i sycąca. Jeśli robili­ście jakieś danie z tor­tillą ziem­niaczaną — pochwal­cie się w komen­tarzach :-)

Czego brakuje w polskiej polityce?

Napisał EChO w kategorii Społeczeństwo 16 sty 2009

Tagi: , , ,

4

Pol­ska polityka, jaka jest — każdy widzi. Podział na prawicę i lewicę prze­stał być aktualny już kilka lat temu. Obecna „prawica” wywodząca się z Solidar­no­ści, jest ze sobą skłócona, podob­nie jak i lewica, której rów­nież nie ominęły podziały. Po 20 latach od zmiany ustroju naszego kraju na demokratyczny, nie ma już miej­sca na historyczny podział sceny politycz­nej na post­komunistów i post­solidar­no­ściow­ców. Dzisiaj coraz bar­dziej widoczny jest podział na liberałów i kon­ser­watystów. Jed­nak dla spo­rej czę­ści spo­łeczeń­stwa, szczegól­nie tej z więk­szych miast, czegoś brakuje. Podob­nie jest ze mną. Brakuje par­tii liberalno-liberalnej.

Liberal­ność i kon­ser­watyzm można roz­patrywać w dwóch kategoriach — gospodar­czej i światopoglądowej. Liberalizm gospodar­czy jest propagowany naj­czę­ściej przez par­tie prawicowe. Lecz problemem jest zwykle to, że te liberalne par­tie prawicowe są jed­nocześnie kon­ser­watywne światopoglądowo. Nie jestem ani politologiem, ani historykiem i prawdę mówiąc nie wiem skąd się wziął kon­ser­watywny liberalizm. Jest to dla mnie nie­logiczne, że zwolen­nicy prawie nieograniczonej wol­no­ści gospodar­czej, jed­nocześnie takiej wol­no­ści w kwestiach spo­łecz­nych nie akcep­tują. Lewica objawia się natomiast jako coś prze­ciw­nego — liberalizm światopoglądowy i „kon­ser­watyzm” gospodar­czy, czyli duża rola pań­stwa w gospodarce. Innymi słowy — każdy obywatel jest wolny w swoich prze­konaniach spo­łecz­nych, nikt mu niczego nie narzuca — oprócz zarządzania własnymi pieniędzmi. Bo pań­stwo wie lepiej. Kolejna sprzeczność.

Sam jestem zwolen­nikiem liberalno-liberalnego podej­ścia, którego w Pol­sce nie widać. Każdy człowiek powinien mieć moż­liwość wyboru własnej drogi życia. I o ile jest ona zgodna z prawem i nie szkodzi innym ludziom — powinna być moż­liwa. Rola pań­stwa przy takim podej­ściu jest ograniczona, lecz nie jest moż­liwe cał­kowite wyeliminowanie nie­których instytucji. Co więcej — nie da rady, jak na razie, wprowadzić bar­dziej rewolucyj­nych zmian (np. cał­kowita likwidacja ZUSu i publicz­nej służby zdrowia). Mimo tego, że teo­retycz­nie byłoby to bar­dzo dobre, potrzeba mądrego spo­sobu na okres przej­ściowy, a takiego dotych­czas nikt nie wymyślił. Innym przejawem liberalizacji byłby praw­dziwy roz­dział Kościoła, i w ogóle wszel­kich organizacji religij­nych, od pań­stwa. Trak­towanie tych organizacji jak wszyst­kich innych.

Myśląc stan­dar­dowymi kategoriami podziału par­tii, naj­bliżej temu podej­ściu byłaby centro-lewica. Z obec­nej sceny politycz­nej nie można niczego wskrzesić albo prze­robić. Trzeba stworzyć par­tię od początku, z ludzi charyzmatycz­nych i pomysłowych. A do tego przy­ciągnąć specjalistów od naj­potrzeb­niej­szych dziedzin. W takiej par­tii jest także miej­sce dla obec­nych polityków lewicy i cen­trum, może także nie­których ludzi prawicy. Jedną z głów­nych cech tej par­tii byłoby nie kojarzenie jej z żadnym innym ugrupowaniem obec­nym i prze­szłym, a przede wszyst­kim brak oceny prze­szło­ści i polityki historycz­nej. Jest wiele waż­niej­szych problemów do roz­wiązania niż ciągłe zaj­mowanie się przeszłością.

Jak myślicie? Czy taka for­macja w polityce jest obec­nie potrzebna? Czy zyskałaby popular­ność? A jeśli tak, to czy udałoby się wtedy coś pozytyw­nie zmienić w Pol­sce? Zapraszam do dys­kusji w komentarzach.

Śpiewające szoły

Napisał EChO w kategorii Muzyka 04 paź 2008

Tagi: , , , , , ,

1

W oczekiwaniu na obronę, roz­rywam się na różne spo­soby, także telewizyj­nie. Akurat telewizje nie szczędzą nam naj­róż­niej­szych programów, w których mniej lub bar­dziej znane osoby popisują się wokal­nie. Z jed­nej strony mamy produk­cję „Jak oni śpiewają”, którą Pol­sat katuje nas od kilku lat, a aktorzy z seriali próbują wykazać się dobrym słuchem. Z drugiej — mamy tefałenow­ski „Mam talent”, gdzie prezen­tują się nie­znane jesz­cze szerzej osoby, nie tylko wokali­ści. Gdzieś po środku stoi „Fabryka gwiazd”, gdzie gwiaz­dami próbują zostać osoby, które nie są takie cał­kiem anonimowe. Oprócz uczest­ników tych szołów, kreują się także człon­kowie jury. I podob­nie jak w przy­padku wokalistów, także w składach jury są osoby mniej i bar­dziej nadające się do tej roli.

Zacznijmy od „mających talent” jurorów — Agnieszki Chyliń­skiej, Mał­gorzaty Forem­niak i Kuby Wojewódz­kiego. Wrażenie ogólne jest pozytywne. Chyliń­ska okazała się wraż­liwą i inteligentną jurorką, a jak na pierw­szy kon­takt z tego typu zajęciem — debiut bar­dzo udany. Forem­niak… nieco roz­czarowała, ale nie do końca. Zwykle jest naj­bar­dziej logicz­nie myślącą jurorką, naj­bar­dziej stonowaną, ale też nie zawsze potrafi poznać się na talen­cie danej osoby. Kuba, jak to Kuba, jest zakręcony, ale już nie taki „cięty” jak w Idolu. Jak na razie niczym szczegól­nym mnie ta trójka nie zachwyciła, ale też nie odrzuca mnie od nich. Natomiast śpiewający uczest­nicy potrafią zachwycić. W każ­dym programie jest jedna osoba płci żeńskiej, która wywołuje naj­więk­sze emocje. Są to rodzące się talenty, u których widać jesz­cze długą drogę i dużo nauki. Na razie jedynym gotowym śpiewającym talen­tem jest Mate­usz Ziółko i jak na razie jemu kibicuję najmocniej.

„Fabryka gwiazd” to nowy twór, który nie­stety zaskoczył mnie nie­profesjonalizmem. Program, na który wydano miliony i miał być naj­lep­szym szołem tej jesieni, bar­dziej dener­wuje niż zachwyca. I to głów­nie z powodu jury. Rozumiem zaproszenie Kayi (tak to się odmienia?), chociaż nawet ona momen­tami wydaje się być głucha. Rozumiem też, że Marek Dut­kiewicz miał oceniać inter­pretację tek­stu i ogól­nie pew­nie jakieś głęb­sze prze­słanie danego wykonania. Nie­stety jest zupeł­nie bez­barwny i mało profesjonalny. Jed­nakże udział Mar­cina Bisiorka (Radio ESKA… i już wszystko jasne) i TeDego to kpina… głów­nie z uczest­ników programu. Ich komen­tarze są naj­bar­dziej nie­przyjemne, szczegól­nie, że oni nie są w stanie ocenić tego jak ktoś śpiewa (czego dawali już wielo­krot­nie dowód), a jak stereo­typowo może być postrzegany. Homofobiczne czy też lekko rasistow­skie odzywki miały chyba śmieszyć, ale raczej ośmieszają samych wypowiadających. W końcu w Pol­sce nie zauważa się umiejęt­no­ści, tylko kolor skóry czy orien­tację seksualną.

Uczest­nicy tego programu to zupeł­nie inna historia. Niby są oni wybrani na castin­gach, ale jed­nak dla osób interesujących się pol­skimi młodymi wokalistami, nie są oni tacy nie­znani. Mamy laureatów Szansy na suk­ces — Mar­cina Maliszew­skiego i Ninę Kodor­ską, a także Mate­usza Krautwur­sta, który w Szan­sie występował, lecz bar­dziej znany jest jako wokalista świet­nego zespołu The Positive. Z „Drogi do gwiazd” zawędrowała do programu Mar­tyna Melosik, która wraz z siostrą Dag­marą już od kilku lat śpiewa, chociaż jesz­cze się nie wybiła. Julitę Woś natomiast można było oglądać w jed­nej z edycji pol­satow­skiego Baru. Inni uczest­nicy mają swoje zespoły znane lokal­nie, albo weszli do programu, żeby zrobić wokół niego szum. Innymi słowy — w tym programie nie szuka się osób, które dopiero roz­poczynają swoją drogę na scenie muzycz­nej, ale takich, którzy już coś osiągnęli. Nie chcę oceniać ich pomysłów na przy­szłość, jed­nak mam nadzieję, że program naprawdę im pomoże, a nie zrobi z nich różowych gwiaz­dek pop.

Na koniec zostawiam sobie szoł „Jak oni śpiewają”. Nie będę się roz­pisywał o śpiewających aktorach, bo prezen­tują oni bar­dzo różny poziom umiejęt­no­ści śpiewania i mogę ich dobór ocenić jako cał­kiem ok. W każ­dej edycji pokazuje się kil­koro znanych aktorów, którzy z powodzeniem mogliby trochę namieszać w muzyce. I zazwyczaj się to udaje. Jed­nak naj­moc­niej­szą stroną tego programu jest jury, a wła­ściwie dwie jurorki, które mają tam naj­więcej do powiedzenia. I w prze­ci­wień­stwie do jurorów z innych programów, wiedzą co mówią. Wyjątki oczywi­ście się zdarzają, np. przy­mykanie oczu, a raczej uszu w czasie „popisów” aktorów star­szej daty, którzy pomimo nie­wąt­pliwego aktor­skiego talentu, śpiewać nie powinni. Zachwyt jury nad nimi jest dla mnie nie­zrozumiały, ale to jedyny man­kament. Zarówno Edyta Gór­niak, jak i Ela Zapen­dow­ska słyszą bar­dzo dobrze i potrafią profesjonal­nie ocenić umiejęt­no­ści uczest­ników. Może nie jest to zawsze medialne (szczegól­nie w przy­padku Eli), ale jest to naj­bar­dziej uczciwie postawiona sprawa.

Naj­wyraź­niej nie znam zbyt dobrze zasad tworzenia programów, które się dobrze sprzedają, ale znam się na muzyce i zależy mi na tym, żeby jej poziom w naszym kraju był wysoki. Wiem, że takie programy mogą się przy­czynić do promocji praw­dziwych talen­tów i jesz­cze młodzień­czo wierzę w to, że „Mam talent” czy „Fabryka gwiazd” pomoże zmienić pol­ski rynek muzyczny w pozytywny spo­sób. Dobrym roz­wiązaniem byłoby zachować for­mułę „Fabryki” i zatrud­nić tam jurorów z „Jak oni śpiewają”, a szczegól­nie Elę, która według nie­daw­nych zapew­nień miała brać udział w tym przed­się­wzięciu. Potrzebny jest więk­szy wkład profesjonalistów, a mniej­szy samej publicz­no­ści. Dobrym przy­kładem jest tutaj „Szansa na suk­ces”, która od kil­kunastu lat z powodzeniem promuje bar­dzo dobrych wokalistów… i to bez pomocy smsów i teleaudio.

Język (nie do końca) rozpoznawalny

Napisał EChO w kategorii Technologia 18 wrz 2008

Tagi: , , ,

5

praca magisterskaW poniedziałek, 15 września 2008 roku, zakoń­czyłem oficjal­nie pisanie pracy magister­skiej i złożyłem ją w dziekanacie. Jako, że nie wszyscy wiedzą o czym pisałem, postaram się przed­stawić krótko całą historię.

Gdy pół­tora roku temu zacząłem się zastanawiać na poważ­nie nad tematem pracy, miałem kilka sprecyzowanych punk­tów, według których chciałem sobie dobrać temat. Moją specjal­no­ścią jest inżynieria oprogramowania, ale w tej dziedzinie dowolny temat pracy wydawał mi się mało interesujący. Postanowiłem pracę pisać w innym instytucie, a mianowicie w Instytucie Sztucz­nej Inteligen­cji i Metod Matematycz­nych. Miałem nawet kon­kret­nie wybranego promotora, u którego chciałem pisać. Pod­szedłem do wyboru tematu dość ambit­nie. Wybór czegoś łatwego i odtwór­czego mnie zupeł­nie nie prze­konywał. W końcu ma to być moja pierw­sza publikacja naukowa z praw­dziwego zdarzenia. Dlaczego więc nie połączyć kilku dziedzin, które mnie interesują? Z racji wybranej specjal­no­ści, głów­nym zadaniem w pracy miało być stworzenie programu. Chciałem napisać program, dzięki któremu prze­prowadził­bym badania, których wyniki mogą się real­nie przy­dać, a jed­nocześnie sam program mógł być roz­wojowy. Wykorzystywałby sieci neuronowe do klasyfikacji czegoś związanego z dźwiękiem. Na początku myślałem o roz­poznawaniu stylu muzycz­nego badanego utworu. Jed­nak klasyfikacja gatun­ków muzycz­nych jest na tyle trudna dla człowieka, że kom­puter tym bar­dziej nie będzie w stanie sobie z tym poradzić. Poprosiłem więc promotora o pomoc w wymyśleniu tematu w sam raz dla mnie. I promotor wymyślił:

„Zastosowanie sztucz­nych sieci neuronowych do roz­poznawania języka mówiącej osoby”

Temat spodobał mi się od samego początku. Wow! Zajmę się roz­poznawaniem języków :-) . Oprócz dziedzin związanych z dźwiękiem, sztuczną inteligen­cją i programowaniem, mogę się zająć też bar­dzo interesującą mnie dziedziną — językoznaw­stwem. Chociaż w ograniczonym stop­niu. Do tematu nie miałem żadnych zastrzeżeń, więc taki właśnie został oficjal­nie przyjęty.

Jako rasowy prokrastynator, na poważ­nie zająłem się pracą dopiero w ostat­nim semestrze ;-) . Wcześniej bar­dzo powoli gromadziłem literaturę, na której mógł­bym się oprzeć. Jed­nak literatury takiej nie ma. Musiałem się oprzeć na kilku anglojęzycz­nych artykułach naukowych, trak­tujących kon­kret­nie o temacie roz­poznawania języka. Reszta literatury to publikacje o analizie i syn­tezie dźwięku czy ogólne o samych sieciach neuronowych. W dodatku publikacji o iden­tyfikacji języka, w języku pol­skim, nie znalazłem żadnych. Dobrze, że oprócz promotora znającego się na sieciach neuronowych, miałem też do kogo się zwrócić w temacie samej analizy dźwięku. Pani Ania dużo mi pomogła — dzięki niej opracowałem naj­waż­niej­szą część pracy, czyli metodę eks­trak­cji cech głosu, którymi potem miałem uczyć sieć neuronową.

Sama metoda powstała i została prze­testowana w Matlabie jesz­cze przed wakacjami. Zdążyłem jesz­cze tylko napisać roz­działy teo­retyczne i prze­sunąć ter­min oddania pracy na wrzesień. Wakacje upłynęły mi na pisaniu całego programu w C++ (jakieś 20% czasu) i jego testowaniu (80% czasu, bo prze­cież nic nie może dobrze działać za pierw­szym razem ;-) ). Gdy po bólach program już powstał, prze­prowadziłem za jego pomocą badania. Wresz­cie mogłem spraw­dzić jak się sprawuje moje dziecko :-) .

Badania były prze­prowadzone na prób­kach zdań w 6 językach: pol­skim, angiel­skim, nie­miec­kim, włoskim, hisz­pań­skim i rosyj­skim. Przy­gotowałem po 21 zdań w każ­dym z tych języków i zaprzęgłem syn­tezatory mowy, żeby wygenerowały mi zdania z poprawną wymową. Dodat­kowo, przy­gotowałem próbki mowy żywego człowieka dla języka pol­skiego, angiel­skiego i rosyj­skiego. Zapowiadało się ciekawie… ale wyniki badań mnie nieco roz­czarowały. Przy uczeniu wszyst­kich 6 języków na raz, jakość roz­poznawania była bar­dzo niska. Od 20 do 50%. Z czego naj­gorzej sieć roz­poznawała… język angiel­ski. Naj­lepiej za to włoski. Włoski prak­tycz­nie wygrywał w każ­dej kon­figuracji. Naj­lepiej był roz­poznawalny (i to w prawie 85%) przy zestawie 3 języków — pol­skim, włoskim i hisz­pań­skim. Nie zdziwiło mnie to. Jeśli znacie melodię języka włoskiego (a mój program właśnie analizuje melodię wypowiadanych zdań), to wiecie, że każde zdanie koń­czy się skokiem intonacji od dźwięku wyż­szego do niż­szego. Co więcej –badania na prób­kach żywej ludz­kiej mowy wypadły nieco gorzej niż na prób­kach syntetycznych.

Czy więc poniosłem klęskę? W żadnym wypadku! Wyciągnąłem wnioski, które pozwolą mi na udoskonalenie algorytmu i prze­prowadzenie kolej­nych badań. Na pewno nie porzucę tego co zacząłem. A świadomość tego, że moja publikacja jest chyba jedyną taką w języku pol­skim, motywuje mnie dodat­kowo. W końcu inter­fejsy głosowe za kilka lat staną się bar­dzo popularne, a ja tworzę pewien ważny wycinek tego, co w tych inter­fej­sach będzie implemen­towane. Napisałem przy­zwoitą pracę, z której jestem zadowolony i która rokuje na przy­szłość. Jesz­cze czeka mnie obrona na początku paź­dzier­nika i wtedy będę mógł ode­tchnąć :-) . I z pew­no­ścią po obronie opiszę bar­dziej szczegółowo wyniki badań, a także opublikuję swoją pracę w internecie.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłem, i że kogoś innego oprócz mnie też to zain­teresowało. W razie czego — pytaj­cie w komen­tarzach. Chęt­nie odpowiem :-)

„Dzień Bloga” po mojemu

Napisał EChO w kategorii Osobiste 31 sie 2008

Tagi: , , , ,

4

Mając jesz­cze kil­kana­ście minut do końca Dnia Bloga, pozwolę sobie opisać kilka blogów, które czytam regular­nie (przez RSS i nie tylko), a które nie dotyczą branży kom­puterowej ani inter­netowej. Są to blogi, na których każdy wpis czyta się z przyjem­no­ścią i czeka się z nie­cier­pliwo­ścią na następny. Nie peł­nią one roli dostar­czycieli niusów czy też porad z kon­kret­nej dziedziny, a przed­stawiają pewne problemy z punktu widzenia autora. Chociaż nie znam osobi­ście (ani nawet inter­netowo) tych ludzi — cenię ich za inteligen­cję, otwar­tość i spo­sób wyrażania własnych myśli. Czytając każdy kolejny wpis mogę się odprężyć i prze­czytać go powoli i w spo­koju. Wtedy dociera do mnie to, co ma dotrzeć i pobudzić moje szare komórki do działania.

Nie będę do końca prze­strzegał reguł Dnia Bloga — przed­stawię krótko tylko 4 blogi, które w 100% zaliczają się do kategorii opisanej powyżej, a jed­nocześnie nie są blogami pisanymi przez moich przyjaciół. Żeby nie było — porządek jest alfabetyczny ;-)

Automaciej — racjonalista i scep­tyk, muzyk i programista. Maciek jest ciekawym człowiekiem o szerokich zain­teresowaniach i otwar­tym umyśle. Dość bliski mi w poglądach, a także w muzycz­nych fascynacjach.

Docendo discimus — blog anglisty, dla którego praca z młodzieżą jest powołaniem, rado­ścią, a jed­nocześnie nie zabiera mu całego życia. Wpisy o szkole pełne są ciepła, a nie­szkolne zwracają uwagę na wiele idiotyzmów zarówno w naszym kraju jak i na świecie.

Lanooz — młoda dziew­czyna, pochodząca z Wiet­namu, a miesz­kająca i ucząca się w Pol­sce. Jej doj­rzałe podej­ście do świata zostało zauważona już przez wielu innych znanych mi blog­gerów. Trafiłem tu zresztą właśnie dzięki jed­nej takiej rekomen­dacji :-) . Róż­norodne wpisy, tak jak i szerokie zain­teresowania Lan, nigdy nie pozwalają mi się nudzić na jej blogu.

Wal­purg — blog polityczny człowieka, który nie boi się otwar­cie krytykować tego co jest nie­do­rzeczne w pol­skiej polityce. Ciekawe spoj­rzenie na świat, a do tego liberalne poglądy — podobne do moich :-)

Chociaż nie znam Was — dziękuję za to, że jeste­ście i dostar­czacie mi pobudzaczy dla moich szarych komórek :-)

Szczeciński dworzec PKP

Napisał EChO w kategorii Społeczeństwo 24 sie 2008

Tagi: , , , ,

2

Szczecin Główny - dworzec PKPPo prze­czytaniu ciekawego repor­tażu o dwor­cach PKP w więk­szych miastach Pol­ski, nasuneło mi się kilka reflek­sji odnośnie dworca w Szczecinie i podróż­nych. Z racji częstego korzystania z tego dworca, o róż­nych porach, w róż­nym celu, zaob­ser­wowałem zarówno ciekawe zachowania pasażerów, jak i pracow­ników PKP.

Pierw­sza reflek­sja — ludzie nie potrafią czytać! Przed pojawieniem się ładnego, oszklonego salonu PKP Inter­city, kolejki do kas „zwykłych” dłużyły się nie­miłosier­nie. Przy kasach PKP Inter­city pustki lub pojedyn­czy klienci. Nawet nie pomagała tabliczka z dużym napisem, który infor­mował, że w tych kasach można kupić bilet na wszyst­kie połączenia. Po remon­cie dworca pojawił się ładny nowoczesny salon IC… i co? Kolejki przy kasach nadal dłużą się nie­miłosier­nie, a w salonie pustki. Jak cytuje autor wspo­mnianego repor­tażu: „(…) «Tam na pewno nie kupię biletu — skoro tuż obok do kasy tego samego Inter­City wije się długa kolejka…» — myślą pasażerowie (…)”.

Inną sprawą jest zatrud­nianie kasjerek (bo akurat nie­liczni kasjerzy na szczeciń­skim dworcu są uprzejmi), które nie nadają się do pracy z ludźmi (albo pamiętają jesz­cze cudowne czasy PRLu). Kasjerka pyta mnie o trasę przejazdu pociągu, którym chcę jechać (ze Szczecina do Mrągowa). Nie znam tej trasy dokład­nie, więc podaję jej godzinę odjazdu pociągu. Ale kasjerka dalej nie wie jaka to trasa. Czyżby sys­tem infor­matyczny PKP był tak skon­struowany, że kasjerka nie ma dostępu do infor­macji o godzinie odjazdu pociągu, na który bilet ma sprzedać? No nic… odsyła mnie do infor­macji. W infor­macji miły pan drukuje mi skrócony roz­kład jazdy tego mojego pociągu. Dopytuję jesz­cze, czy to wystar­czy pani w kasie. Po twier­dzącej odpowiedzi udaję się do kasy, a tam kasjerka ochrzania mnie, że z tego nic nie wynika i ona nadal nie wie jaki bilet ma mi sprzedać. Znowu mnie odsyła do infor­macji, ale tym razem protestuję — niech idzie sama. Poszła. Wróciła i sprzedała mi bilet. Mój błąd, że dopiero w pociągu zauważyłem, że bilet w odcinku między Poznaniem a Olsz­tynem jest wystawiony na pociąg osobowy, a nie pospieszny.

Sam dworzec po remon­cie z zewnątrz wygląda ładnie. Od wewnątrz podob­nie jak wcześniej, ale też trzyma poziom. Gorzej jest z peronami. Szczegól­nie, że ktoś, kto jest tu pierw­szy raz i nie zna dworca — będzie miał problem z szyb­kim znalezieniem peronu czwar­tego. A jak się zorien­tuje gdzie on jest — doj­ście zaj­mie mu dłuż­szą chwilę. Krzesełek na peronach 1 – 3 też mogłoby być nieco więcej. Ale przy­naj­mniej są automaty z kawą ;-)

Ogól­nie szczeciń­ski dworzec PKP nie jest taki zły w porów­naniu z innymi więk­szymi miastami. Gdyby jesz­cze tylko coś zrobić z przej­ściem pod­ziem­nym — byłoby dobrze :-)

Informacjoholizm

Napisał EChO w kategorii Osobiste 21 sie 2008

Tagi: , ,

6

Zastanawiali­ście się kiedyś, czy jeste­ście uzależ­nieni od kom­putera? Albo od Inter­netu? Ja się nie­dawno zastanawiałem. Od kom­putera już nie raz odpoczywałem (o ile mogłem). Jego brak przez pierw­sze kilka dni mi zupeł­nie nie prze­szkadza. Potem, zazwyczaj gdy trochę się nudzę, mam ochotę zobaczyć co tam słychać w świecie i korzystam z Inter­netu w telefonie. Czyli mógł­bym powiedzieć, że bar­dziej jestem uzależ­niony od Inter­netu niż od kom­putera. Ale to by była tylko czę­ściowa prawda. To, czego naj­bar­dziej mi brakuje, gdy nie mam dostępu do kom­putera czy też telefonu, to infor­macje. Takim źródłem infor­macji może być telewizja, telegazeta, a w ostatecz­no­ści prasa papierowa. Po kilku dniach odpoczynku zawsze naj­bar­dziej brakuje mi niusów — co się wydarzyło w kraju, na świecie, w branży… to jest właśnie naj­więk­szy nar­kotyk. Czy jestem infor­macjoholikiem? :-)