Wybrane Posty

Co ciekawi mnie w muzyce? Zastanawialiście się kiedyś jakie czynniki powodują, że lubicie jakiś utwór? Dlaczego jest tak, że po pierwszym przesłuchaniu jakiejś piosenki jesteście w stanie zachwycić sie nią? W moim...

Czytaj dalej

Herbata - co i jak Herbata jest napojem, który towarzyszy nam na co dzień. Niewiele jest jednak osób, które przywiązują wagę do tego co i jak piją. Kupujemy ekspresówki, herbatki smakowe, czy też ziołowe. Kiedyś...

Czytaj dalej

Tortilla ziemniaczana z dodatkami Niedawno znalazłem przepis na tortillę ziemniaczaną i zainspirowało mnie to do poeksperymentowania. Jako, że samą tortillę robi się mniej więcej tak samo - ekperyment dotyczył tego, co na nią...

Czytaj dalej

Jestem jak Fin, czyli słowo o języku angielskim Języka angielskiego uczę się od wielu lat. W dzisiejszych czasach jego znajomość jest bezdyskusyjnie przydatna, a często wręcz wymagana. Większość młodych Polaków uczy lub uczyła się tego...

Czytaj dalej

Język (nie do końca) rozpoznawalny W poniedziałek, 15 września 2008 roku, zakończyłem oficjalnie pisanie pracy magisterskiej i złożyłem ją w dziekanacie. Jako, że nie wszyscy wiedzą o czym pisałem, postaram się przedstawić...

Czytaj dalej

Co ciekawi mnie w muzyce?

Napisał EChO w kategorii Muzyka 13 wrz 2009

1

Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś jakie czyn­niki powo­dują, że lubi­cie jakiś utwór? Dla­czego jest tak, że po pierw­szym prze­słu­cha­niu jakiejś pio­senki jeste­ście w sta­nie zachwy­cić sie nią? W moim przy­padku czyn­ni­kiem pod­sta­wo­wym jest zaskoczenie.

Muzyka

Naj­wię­cej uwagi pod­czas słu­cha­nia pio­senki poświę­cam muzyce. W zasa­dzie jestem w sta­nie bar­dzo polu­bić coś, co ma banalny tekst o niczym, ale jest genial­nie skom­po­no­wane. Zresztą tekst nawet nie musi ist­nieć. Muzyka bar­dzo wielu popo­wych utwo­rów napi­sana jest według sche­matu. Po usły­sze­niu kilku dźwię­ków jestem w sta­nie prze­wi­dzieć jakie będą kolejne. Nie­stety zwy­kle taki utwór łatwo się sprzeda i wpad­nie ludziom w ucho. Bo czyż nie lubimy bar­dziej cze­goś, co już znamy? Błąd! Może jest to prze­pis na krót­ko­trwały hit, ale nie na długo pamię­tane dzieło. Takich utwo­rów nie­sztam­po­wych jest wiele w jaz­zie, no i oczy­wi­ście w muzyce poważ­nej. Ale na szczę­ście nie tylko. Czy byłoby cie­ka­wie gdyby teraz 100 pro­cent popu­lar­nej muzyki brzmiało jak od Timbalanda?

Tekst

Dla wielu — sens pio­senki, dla mnie — cie­kawy doda­tek. Słowa budują histo­rię i prze­ka­zują jakieś myśli. Ale czy na pewno zawsze tekst musi mieć głę­boki sens?

W pio­sen­kach jest tro­chę jak w fil­mach. A w nich szu­kam ory­gi­nal­nej histo­rii, nie­sa­mo­wi­tej, nie­tu­zin­ko­wej i pozo­sta­wia­ją­cej coś po sobie w gło­wie. Nie lubię opo­wie­ści o życiu codzien­nym, o wiel­kich pro­ble­mach, które widzę na co dzień u sie­bie lub w moim oto­cze­niu. Szu­kam cze­goś innego. Podob­nych rze­czy szu­kam w tek­ście pio­senki — nie­praw­do­po­dob­nej histo­rii lub abs­trak­cji — gry słów lub zabawy słowami.

Żeby lepiej zobra­zo­wać to o czym mówię, podam przy­kład utworu „Lemur” zespołu Kury. Tekst jest o niczym, histo­ria nie ma więk­szego sensu, ale od początku do samego końca cze­kam w napię­ciu na kolejne słowa. Zabawa sło­wem to także domena zespołu Pogodno. W ich przy­padku nie trzeba szu­kać kon­kret­nego utworu — można coś wybrać na chy­bił trafił.

Kula się Prój Skaj sta­tek
(Krzywo, ale)
Kula się Prój Skaj sta­tek
Pro­sto, ale trzyma się
Folio, ale port nie wie gdzie

To jest wła­śnie to, czego szu­kam w muzyce, co powo­duje, że mogę słu­chać cze­goś wie­lo­krot­nie i trudno o znu­dze­nie. A co jest dla Was naj­waż­niej­sze w cie­ka­wej pio­sence? Cze­kam na komentarze.

Eksperymenty z kurczakiem

Napisał EChO w kategorii Kulinaria 28 lut 2009

Tagi: ,

0

Dzisiejsze danie

Dzi­siej­sze danie

Pierś z kur­czaka to taka uni­wer­salna bestia, z którą można robić cuda. Wystar­czy pokroić ją w kostkę, wrzu­cić na patel­nię, a potem — eks­pe­ry­men­to­wać z dodat­kami. Można zro­bić z tego danie na ostro, łagod­nie, a nawet na słodko. Dzi­siaj wła­śnie eks­pe­ry­men­to­wa­łem z kil­koma dodatkami.

Zaczą­łem od pod­sma­że­nia pokro­jo­nych piersi na oli­wie. Gdy mię­sko ścięło się z obu stron, doda­łem czarny pieprz, przy­prawę typu „Warzywko” (zamiast soli) i tro­chę posie­ka­nego czosnku. Potem dorzu­ci­łem pokro­joną w krót­kie paski świeżą paprykę czer­woną i po kilku minu­tach sma­że­nia dola­łem tro­chę wody, żeby wszystko zaczęło się dusić. W mię­dzy­cza­sie na dru­giej patelni pod­sma­ży­łem mig­dały w płat­kach. Gdy się już zaru­mie­niły — doda­łem je do potrawy. To był wła­śnie ten pierw­szy eks­pe­ry­ment — na szczę­ście kom­po­nuje się to cał­kiem dobrze :-)

Dru­gim eks­pe­ry­men­tem było doda­nie roz­ma­rynu. Pod­czas gdy mię­sko się dusiło, przy­go­to­wa­łem sos pomi­do­rowy z resz­tek innych sosów. Głów­nym skład­ni­kiem był wyna­la­zek pod tytu­łem „sos do potraw z woka” (słodko-pikantny), do tego tro­chę naj­lep­szego pikant­nego keczupu z Wło­cławka, no i odro­bina bar­dzo pikant­nego sosu sam­bal oelek. Dosy­pa­łem do tego tro­chę papryki w proszku i dokład­nie wymie­sza­łem z odro­biną gorą­cej wody. Tak przy­go­to­wany sos wla­łem na patel­nię do duszą­cego się eks­pe­ry­mentu. Chyba już czas ugo­to­wać ryż :-)

Gdy potrawa została już cał­kiem udu­szona, a ryż wła­śnie doszedł, nastą­piło zwień­cze­nie eks­pe­ry­mentu za pomocą wyło­że­nia owego ryżu na talerz i pola­nia go zawar­to­ścią patelni.

Eksperyment z bliska

Eks­pe­ry­ment z bliska

Eks­pe­ry­ment udany! Dzi­siej­szy obiad zja­dłem ze sma­kiem, popi­ja­jąc piwkiem.

Jestem jak Fin, czyli słowo o języku angielskim

Napisał EChO w kategorii Osobiste, Społeczeństwo 26 lut 2009

Tagi: ,

1

Języka angiel­skiego uczę się od wielu lat. W dzi­siej­szych cza­sach jego zna­jo­mość jest bez­dy­sku­syj­nie przy­datna, a czę­sto wręcz wyma­gana. Więk­szość mło­dych Pola­ków uczy lub uczyła się tego języka na różne spo­soby w swoim życiu. W szkole kła­dzie się naj­więk­szy nacisk na zna­jo­mość zasad języka — gra­ma­tyki, popraw­nej orto­gra­fii i wymowy. Jed­nak przy for­mu­ło­wa­niu myśli w tym języku poja­wiają się pro­blemy. Ja mia­łem sto­sun­kowo nie­wiele do czy­nie­nia z tym języ­kiem na co dzień w mowie. Wię­cej — w piśmie, szcze­gól­nie korzy­sta­jąc z Inter­netu. Dla­tego nie mam pro­blemu z popraw­nym pisa­niem po angiel­sku, czy też ze zro­zu­mie­niem arty­ku­łów, które czy­tam.
Ostat­nio, pró­bu­jąc uczyć się pod­staw języka fiń­skiego, natra­fi­łem na cie­kawy arty­kuł, napi­sany przez Fina, a doty­czący zna­jo­mo­ści języka angiel­skiego przez Finów. Pisze on:

„(…) in a typi­cal conver­sa­tion between people from dif­fe­rent nations, the Finn is still try­ing to for­mu­late his first gram­ma­ti­cally cor­rect sen­tence when others have chan­ged the topic a few times”,

czyli:

„(…) w typo­wej roz­mo­wie mię­dzy ludźmi o róż­nej naro­do­wo­ści, Fin jesz­cze cią­gle składa swoje pierw­sze gra­ma­tycz­nie poprawne zda­nie, pod­czas gdy inni zdą­żyli już zmie­nić temat wiele razy”.

To zda­nie dosko­nale oddaje to, co czuję pod­czas roz­mów po angiel­sku. Jest to o tyle ważne, że ten język jest w mojej pracy pod­sta­wo­wym języ­kiem komu­ni­ka­cji z pra­cow­ni­kami z innych kra­jów, a takie kon­takty są czę­ste.
Podo­bieństw mię­dzy Pola­kami i Finami w kwe­stii nauki języ­ków jest sporo. Nacisk na popraw­ność gra­ma­tyczną, na popraw­ność (mniej wię­cej) wymowy. Mamy też wyrazy, tzw. „false friends”, które brzmią podob­nie w angiel­skim, jak i w polskim/fińskim, ale zna­czą coś innego. Jed­nak zde­cy­do­wa­nie lepiej jest u Finów z osłu­cha­niem się języka angiel­skiego. Przede wszyst­kim, filmy w tele­wi­zji są tam nada­wane w ory­gi­nale, z pod­pi­sami. W Pol­sce nie­stety jest to cią­gle wyjątkiem.

Jeśli chce­cie wie­dzieć wię­cej — zaj­rzyj­cie na wyżej zlin­ko­waną stronę.

Tortilla ziemniaczana z dodatkami

Napisał EChO w kategorii Kulinaria 28 sty 2009

Tagi: ,

0

Nie­dawno zna­la­złem prze­pis na tor­tillę ziem­nia­czaną i zain­spi­ro­wało mnie to do poeks­pe­ry­men­to­wa­nia. Jako, że samą tor­tillę robi się mniej wię­cej tak samo — ekpe­ry­ment doty­czył tego, co na nią poło­żyć. I udał się :-)

Do przy­rzą­dze­nia tor­tilli potrzebujemy:

  • ziem­niaki (1 duży lub 2 mniej­sze na osobę)
  • jajka (2 na osobę)
  • mleko

Ziem­niaki kro­imy w kostkę, dość drobną (cho­ciaż to zależy od upodo­bań). Następ­nie sma­żymy je na oleju aż do zbrą­zo­wie­nia z wierz­chu. W mię­dzy­cza­sie roz­bi­jamy jajka do miseczki lub kubka i roz­beł­tu­jemy je z dodat­kiem mleka i przy­praw. Dobrze jest dodać soli i pie­przu, ale kwe­stia przy­praw zależy od upodo­bań. Gdy ziem­niaki się już przy­smażą, odle­wamy więk­szość oleju z patelni, roz­kła­damy ziem­niaki w miarę rów­no­mier­nie na całej jej powierzchni i zale­wamy jaj­kami. Po kilku minu­tach prze­wra­camy placka na drugą stronę, poma­ga­jąc sobie np. dużym pła­skim tale­rzem, i sma­żymy jesz­cze minutę lub dwie. Tor­tilla jest gotowa!

Dodatki do tor­tilli można potrak­to­wać jak dodatki do pizzy. Ja posze­dłem na łatwi­znę i wyko­rzy­sta­łem do tego resztki wędlin, pokro­jone nie­zbyt drobno i cebulę pokro­joną w kostkę. Dopra­wiamy według uzna­nia i pod­sma­żamy na patelni. Następ­nie nakła­damy na wierzch tor­tilli. Do tego przy­dałby się jakiś sos.

Znów idąc po linii naj­mniej­szego oporu, robimy sos pomi­do­rowy. Do ron­delka wrzu­camy kostkę roso­łową, zale­wamy wrząt­kiem (jakieś pół szklanki wystar­czy), wle­wamy prze­cier pomi­do­rowy (ale nie kon­cen­trat!), dopra­wiamy odro­biną czosnku i pie­przu zio­ło­wego, a potem gotu­jemy, mie­sza­jąc co jakiś czas. Możemy pogo­to­wać tak kil­ka­na­ście minut, żeby odpa­ro­wać tro­chę wody. Taki sos w zupeł­no­ści wystar­czy na naszą tortillę.

Tortilla ziemniaczana

Potrawa pre­zen­tuje się cał­kiem ładnie, a przede wszyst­kim jest smaczna i sycąca. Jeśli robi­li­ście jakieś danie z tor­tillą ziem­nia­czaną — pochwal­cie się w komen­ta­rzach :-)

Czego brakuje w polskiej polityce?

Napisał EChO w kategorii Społeczeństwo 16 sty 2009

Tagi: , , ,

4

Pol­ska poli­tyka, jaka jest — każdy widzi. Podział na pra­wicę i lewicę prze­stał być aktu­alny już kilka lat temu. Obecna „pra­wica” wywo­dząca się z Soli­dar­no­ści, jest ze sobą skłó­cona, podob­nie jak i lewica, któ­rej rów­nież nie omi­nęły podziały. Po 20 latach od zmiany ustroju naszego kraju na demo­kra­tyczny, nie ma już miej­sca na histo­ryczny podział sceny poli­tycz­nej na post­ko­mu­ni­stów i post­so­li­dar­no­ściow­ców. Dzi­siaj coraz bar­dziej widoczny jest podział na libe­ra­łów i kon­ser­wa­ty­stów. Jed­nak dla spo­rej czę­ści spo­łe­czeń­stwa, szcze­gól­nie tej z więk­szych miast, cze­goś bra­kuje. Podob­nie jest ze mną. Bra­kuje par­tii liberalno-liberalnej.

Libe­ral­ność i kon­ser­wa­tyzm można roz­pa­try­wać w dwóch kate­go­riach — gospo­dar­czej i świa­to­po­glą­do­wej. Libe­ra­lizm gospo­dar­czy jest pro­pa­go­wany naj­czę­ściej przez par­tie pra­wi­cowe. Lecz pro­ble­mem jest zwy­kle to, że te libe­ralne par­tie pra­wi­cowe są jed­no­cze­śnie kon­ser­wa­tywne świa­to­po­glą­dowo. Nie jestem ani poli­to­lo­giem, ani histo­ry­kiem i prawdę mówiąc nie wiem skąd się wziął kon­ser­wa­tywny libe­ra­lizm. Jest to dla mnie nie­lo­giczne, że zwo­len­nicy pra­wie nie­ogra­ni­czo­nej wol­no­ści gospo­dar­czej, jed­no­cze­śnie takiej wol­no­ści w kwe­stiach spo­łecz­nych nie akcep­tują. Lewica obja­wia się nato­miast jako coś prze­ciw­nego — libe­ra­lizm świa­to­po­glą­dowy i „kon­ser­wa­tyzm” gospo­dar­czy, czyli duża rola pań­stwa w gospo­darce. Innymi słowy — każdy oby­wa­tel jest wolny w swo­ich prze­ko­na­niach spo­łecz­nych, nikt mu niczego nie narzuca — oprócz zarzą­dza­nia wła­snymi pie­niędzmi. Bo pań­stwo wie lepiej. Kolejna sprzeczność.

Sam jestem zwo­len­ni­kiem liberalno-liberalnego podej­ścia, któ­rego w Pol­sce nie widać. Każdy czło­wiek powi­nien mieć moż­li­wość wyboru wła­snej drogi życia. I o ile jest ona zgodna z pra­wem i nie szko­dzi innym ludziom — powinna być moż­liwa. Rola pań­stwa przy takim podej­ściu jest ogra­ni­czona, lecz nie jest moż­liwe cał­ko­wite wyeli­mi­no­wa­nie nie­któ­rych insty­tu­cji. Co wię­cej — nie da rady, jak na razie, wpro­wa­dzić bar­dziej rewo­lu­cyj­nych zmian (np. cał­ko­wita likwi­da­cja ZUSu i publicz­nej służby zdro­wia). Mimo tego, że teo­re­tycz­nie byłoby to bar­dzo dobre, potrzeba mądrego spo­sobu na okres przej­ściowy, a takiego dotych­czas nikt nie wymy­ślił. Innym prze­ja­wem libe­ra­li­za­cji byłby praw­dziwy roz­dział Kościoła, i w ogóle wszel­kich orga­ni­za­cji reli­gij­nych, od pań­stwa. Trak­to­wa­nie tych orga­ni­za­cji jak wszyst­kich innych.

Myśląc stan­dar­do­wymi kate­go­riami podziału par­tii, naj­bli­żej temu podej­ściu byłaby centro-lewica. Z obec­nej sceny poli­tycz­nej nie można niczego wskrze­sić albo prze­ro­bić. Trzeba stwo­rzyć par­tię od początku, z ludzi cha­ry­zma­tycz­nych i pomy­sło­wych. A do tego przy­cią­gnąć spe­cja­li­stów od naj­po­trzeb­niej­szych dzie­dzin. W takiej par­tii jest także miej­sce dla obec­nych poli­ty­ków lewicy i cen­trum, może także nie­któ­rych ludzi pra­wicy. Jedną z głów­nych cech tej par­tii byłoby nie koja­rze­nie jej z żadnym innym ugru­po­wa­niem obec­nym i prze­szłym, a przede wszyst­kim brak oceny prze­szło­ści i poli­tyki histo­rycz­nej. Jest wiele waż­niej­szych pro­ble­mów do roz­wią­za­nia niż cią­głe zaj­mo­wa­nie się przeszłością.

Jak myśli­cie? Czy taka for­ma­cja w poli­tyce jest obec­nie potrzebna? Czy zyska­łaby popu­lar­ność? A jeśli tak, to czy uda­łoby się wtedy coś pozy­tyw­nie zmie­nić w Pol­sce? Zapra­szam do dys­ku­sji w komentarzach.

Śpiewające szoły

Napisał EChO w kategorii Muzyka 04 paź 2008

Tagi: , , , , , ,

1

W ocze­ki­wa­niu na obronę, roz­ry­wam się na różne spo­soby, także tele­wi­zyj­nie. Aku­rat tele­wi­zje nie szczę­dzą nam naj­róż­niej­szych pro­gra­mów, w któ­rych mniej lub bar­dziej znane osoby popi­sują się wokal­nie. Z jed­nej strony mamy pro­duk­cję „Jak oni śpie­wają”, którą Pol­sat katuje nas od kilku lat, a akto­rzy z seriali pró­bują wyka­zać się dobrym słu­chem. Z dru­giej — mamy tefa­łe­now­ski „Mam talent”, gdzie pre­zen­tują się nie­znane jesz­cze sze­rzej osoby, nie tylko woka­li­ści. Gdzieś po środku stoi „Fabryka gwiazd”, gdzie gwiaz­dami pró­bują zostać osoby, które nie są takie cał­kiem ano­ni­mowe. Oprócz uczest­ni­ków tych szo­łów, kreują się także człon­ko­wie jury. I podob­nie jak w przy­padku woka­li­stów, także w skła­dach jury są osoby mniej i bar­dziej nada­jące się do tej roli.

Zacznijmy od „mają­cych talent” juro­rów — Agnieszki Chy­liń­skiej, Mał­go­rzaty Forem­niak i Kuby Woje­wódz­kiego. Wra­że­nie ogólne jest pozy­tywne. Chy­liń­ska oka­zała się wraż­liwą i inte­li­gentną jurorką, a jak na pierw­szy kon­takt z tego typu zaję­ciem — debiut bar­dzo udany. Forem­niak… nieco roz­cza­ro­wała, ale nie do końca. Zwy­kle jest naj­bar­dziej logicz­nie myślącą jurorką, naj­bar­dziej sto­no­waną, ale też nie zawsze potrafi poznać się na talen­cie danej osoby. Kuba, jak to Kuba, jest zakrę­cony, ale już nie taki „cięty” jak w Idolu. Jak na razie niczym szcze­gól­nym mnie ta trójka nie zachwy­ciła, ale też nie odrzuca mnie od nich. Nato­miast śpie­wa­jący uczest­nicy potra­fią zachwy­cić. W każ­dym pro­gra­mie jest jedna osoba płci żeńskiej, która wywo­łuje naj­więk­sze emo­cje. Są to rodzące się talenty, u któ­rych widać jesz­cze długą drogę i dużo nauki. Na razie jedy­nym goto­wym śpie­wa­ją­cym talen­tem jest Mate­usz Ziółko i jak na razie jemu kibi­cuję najmocniej.

„Fabryka gwiazd” to nowy twór, który nie­stety zasko­czył mnie nie­pro­fe­sjo­na­li­zmem. Pro­gram, na który wydano miliony i miał być naj­lep­szym szo­łem tej jesieni, bar­dziej dener­wuje niż zachwyca. I to głów­nie z powodu jury. Rozu­miem zapro­sze­nie Kayi (tak to się odmie­nia?), cho­ciaż nawet ona momen­tami wydaje się być głu­cha. Rozu­miem też, że Marek Dut­kie­wicz miał oce­niać inter­pre­ta­cję tek­stu i ogól­nie pew­nie jakieś głęb­sze prze­sła­nie danego wyko­na­nia. Nie­stety jest zupeł­nie bez­barwny i mało pro­fe­sjo­nalny. Jed­nakże udział Mar­cina Bisiorka (Radio ESKA… i już wszystko jasne) i TeDego to kpina… głów­nie z uczest­ni­ków pro­gramu. Ich komen­ta­rze są naj­bar­dziej nie­przy­jemne, szcze­gól­nie, że oni nie są w sta­nie oce­nić tego jak ktoś śpiewa (czego dawali już wie­lo­krot­nie dowód), a jak ste­reo­ty­powo może być postrze­gany. Homo­fo­biczne czy też lekko rasi­stow­skie odzywki miały chyba śmie­szyć, ale raczej ośmie­szają samych wypo­wia­da­ją­cych. W końcu w Pol­sce nie zauważa się umie­jęt­no­ści, tylko kolor skóry czy orien­ta­cję seksualną.

Uczest­nicy tego pro­gramu to zupeł­nie inna histo­ria. Niby są oni wybrani na castin­gach, ale jed­nak dla osób inte­re­su­ją­cych się pol­skimi mło­dymi woka­li­stami, nie są oni tacy nie­znani. Mamy lau­re­atów Szansy na suk­ces — Mar­cina Mali­szew­skiego i Ninę Kodor­ską, a także Mate­usza Krau­twur­sta, który w Szan­sie wystę­po­wał, lecz bar­dziej znany jest jako woka­li­sta świet­nego zespołu The Posi­tive. Z „Drogi do gwiazd” zawę­dro­wała do pro­gramu Mar­tyna Melo­sik, która wraz z sio­strą Dag­marą już od kilku lat śpiewa, cho­ciaż jesz­cze się nie wybiła. Julitę Woś nato­miast można było oglą­dać w jed­nej z edy­cji pol­sa­tow­skiego Baru. Inni uczest­nicy mają swoje zespoły znane lokal­nie, albo weszli do pro­gramu, żeby zro­bić wokół niego szum. Innymi słowy — w tym pro­gra­mie nie szuka się osób, które dopiero roz­po­czy­nają swoją drogę na sce­nie muzycz­nej, ale takich, któ­rzy już coś osią­gnęli. Nie chcę oce­niać ich pomy­słów na przy­szłość, jed­nak mam nadzieję, że pro­gram naprawdę im pomoże, a nie zrobi z nich różo­wych gwiaz­dek pop.

Na koniec zosta­wiam sobie szoł „Jak oni śpie­wają”. Nie będę się roz­pi­sy­wał o śpie­wa­ją­cych akto­rach, bo pre­zen­tują oni bar­dzo różny poziom umie­jęt­no­ści śpie­wa­nia i mogę ich dobór oce­nić jako cał­kiem ok. W każ­dej edy­cji poka­zuje się kil­koro zna­nych akto­rów, któ­rzy z powo­dze­niem mogliby tro­chę namie­szać w muzyce. I zazwy­czaj się to udaje. Jed­nak naj­moc­niej­szą stroną tego pro­gramu jest jury, a wła­ści­wie dwie jurorki, które mają tam naj­wię­cej do powie­dze­nia. I w prze­ci­wień­stwie do juro­rów z innych pro­gra­mów, wie­dzą co mówią. Wyjątki oczy­wi­ście się zda­rzają, np. przy­my­ka­nie oczu, a raczej uszu w cza­sie „popi­sów” akto­rów star­szej daty, któ­rzy pomimo nie­wąt­pli­wego aktor­skiego talentu, śpie­wać nie powinni. Zachwyt jury nad nimi jest dla mnie nie­zro­zu­miały, ale to jedyny man­ka­ment. Zarówno Edyta Gór­niak, jak i Ela Zapen­dow­ska sły­szą bar­dzo dobrze i potra­fią pro­fe­sjo­nal­nie oce­nić umie­jęt­no­ści uczest­ni­ków. Może nie jest to zawsze medialne (szcze­gól­nie w przy­padku Eli), ale jest to naj­bar­dziej uczci­wie posta­wiona sprawa.

Naj­wy­raź­niej nie znam zbyt dobrze zasad two­rze­nia pro­gra­mów, które się dobrze sprze­dają, ale znam się na muzyce i zależy mi na tym, żeby jej poziom w naszym kraju był wysoki. Wiem, że takie pro­gramy mogą się przy­czy­nić do pro­mo­cji praw­dzi­wych talen­tów i jesz­cze mło­dzień­czo wie­rzę w to, że „Mam talent” czy „Fabryka gwiazd” pomoże zmie­nić pol­ski rynek muzyczny w pozy­tywny spo­sób. Dobrym roz­wią­za­niem byłoby zacho­wać for­mułę „Fabryki” i zatrud­nić tam juro­rów z „Jak oni śpie­wają”, a szcze­gól­nie Elę, która według nie­daw­nych zapew­nień miała brać udział w tym przed­się­wzię­ciu. Potrzebny jest więk­szy wkład pro­fe­sjo­na­li­stów, a mniej­szy samej publicz­no­ści. Dobrym przy­kła­dem jest tutaj „Szansa na suk­ces”, która od kil­ku­na­stu lat z powo­dze­niem pro­muje bar­dzo dobrych woka­li­stów… i to bez pomocy smsów i teleaudio.

Język (nie do końca) rozpoznawalny

Napisał EChO w kategorii Technologia 18 wrz 2008

Tagi: , , ,

5

praca magisterskaW ponie­dzia­łek, 15 wrze­śnia 2008 roku, zakoń­czy­łem ofi­cjal­nie pisa­nie pracy magi­ster­skiej i zło­ży­łem ją w dzie­ka­na­cie. Jako, że nie wszy­scy wie­dzą o czym pisa­łem, posta­ram się przed­sta­wić krótko całą historię.

Gdy pół­tora roku temu zaczą­łem się zasta­na­wiać na poważ­nie nad tema­tem pracy, mia­łem kilka spre­cy­zo­wa­nych punk­tów, według któ­rych chcia­łem sobie dobrać temat. Moją spe­cjal­no­ścią jest inży­nie­ria opro­gra­mo­wa­nia, ale w tej dzie­dzi­nie dowolny temat pracy wyda­wał mi się mało inte­re­su­jący. Posta­no­wi­łem pracę pisać w innym insty­tu­cie, a mia­no­wi­cie w Insty­tu­cie Sztucz­nej Inte­li­gen­cji i Metod Mate­ma­tycz­nych. Mia­łem nawet kon­kret­nie wybra­nego pro­mo­tora, u któ­rego chcia­łem pisać. Pod­sze­dłem do wyboru tematu dość ambit­nie. Wybór cze­goś łatwego i odtwór­czego mnie zupeł­nie nie prze­ko­ny­wał. W końcu ma to być moja pierw­sza publi­ka­cja naukowa z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Dla­czego więc nie połą­czyć kilku dzie­dzin, które mnie inte­re­sują? Z racji wybra­nej spe­cjal­no­ści, głów­nym zada­niem w pracy miało być stwo­rze­nie pro­gramu. Chcia­łem napi­sać pro­gram, dzięki któ­remu prze­pro­wa­dził­bym bada­nia, któ­rych wyniki mogą się real­nie przy­dać, a jed­no­cze­śnie sam pro­gram mógł być roz­wo­jowy. Wyko­rzy­sty­wałby sieci neu­ro­nowe do kla­sy­fi­ka­cji cze­goś zwią­za­nego z dźwię­kiem. Na początku myśla­łem o roz­po­zna­wa­niu stylu muzycz­nego bada­nego utworu. Jed­nak kla­sy­fi­ka­cja gatun­ków muzycz­nych jest na tyle trudna dla czło­wieka, że kom­pu­ter tym bar­dziej nie będzie w sta­nie sobie z tym pora­dzić. Popro­si­łem więc pro­mo­tora o pomoc w wymy­śle­niu tematu w sam raz dla mnie. I pro­mo­tor wymyślił:

„Zasto­so­wa­nie sztucz­nych sieci neu­ro­no­wych do roz­po­zna­wa­nia języka mówią­cej osoby”

Temat spodo­bał mi się od samego początku. Wow! Zajmę się roz­po­zna­wa­niem języ­ków :-) . Oprócz dzie­dzin zwią­za­nych z dźwię­kiem, sztuczną inte­li­gen­cją i pro­gra­mo­wa­niem, mogę się zająć też bar­dzo inte­re­su­jącą mnie dzie­dziną — języ­ko­znaw­stwem. Cho­ciaż w ogra­ni­czo­nym stop­niu. Do tematu nie mia­łem żadnych zastrze­żeń, więc taki wła­śnie został ofi­cjal­nie przyjęty.

Jako rasowy pro­kra­sty­na­tor, na poważ­nie zają­łem się pracą dopiero w ostat­nim seme­strze ;-) . Wcze­śniej bar­dzo powoli gro­ma­dzi­łem lite­ra­turę, na któ­rej mógł­bym się oprzeć. Jed­nak lite­ra­tury takiej nie ma. Musia­łem się oprzeć na kilku anglo­ję­zycz­nych arty­ku­łach nauko­wych, trak­tu­ją­cych kon­kret­nie o tema­cie roz­po­zna­wa­nia języka. Reszta lite­ra­tury to publi­ka­cje o ana­li­zie i syn­te­zie dźwięku czy ogólne o samych sie­ciach neu­ro­no­wych. W dodatku publi­ka­cji o iden­ty­fi­ka­cji języka, w języku pol­skim, nie zna­la­złem żadnych. Dobrze, że oprócz pro­mo­tora zna­ją­cego się na sie­ciach neu­ro­no­wych, mia­łem też do kogo się zwró­cić w tema­cie samej ana­lizy dźwięku. Pani Ania dużo mi pomo­gła — dzięki niej opra­co­wa­łem naj­waż­niej­szą część pracy, czyli metodę eks­trak­cji cech głosu, któ­rymi potem mia­łem uczyć sieć neuronową.

Sama metoda powstała i została prze­te­sto­wana w Matla­bie jesz­cze przed waka­cjami. Zdą­ży­łem jesz­cze tylko napi­sać roz­działy teo­re­tyczne i prze­su­nąć ter­min odda­nia pracy na wrze­sień. Waka­cje upły­nęły mi na pisa­niu całego pro­gramu w C++ (jakieś 20% czasu) i jego testo­wa­niu (80% czasu, bo prze­cież nic nie może dobrze dzia­łać za pierw­szym razem ;-) ). Gdy po bólach pro­gram już powstał, prze­pro­wa­dzi­łem za jego pomocą bada­nia. Wresz­cie mogłem spraw­dzić jak się spra­wuje moje dziecko :-) .

Bada­nia były prze­pro­wa­dzone na prób­kach zdań w 6 języ­kach: pol­skim, angiel­skim, nie­miec­kim, wło­skim, hisz­pań­skim i rosyj­skim. Przy­go­to­wa­łem po 21 zdań w każ­dym z tych języ­ków i zaprzę­głem syn­te­za­tory mowy, żeby wyge­ne­ro­wały mi zda­nia z poprawną wymową. Dodat­kowo, przy­go­to­wa­łem próbki mowy żywego czło­wieka dla języka pol­skiego, angiel­skiego i rosyj­skiego. Zapo­wia­dało się cie­ka­wie… ale wyniki badań mnie nieco roz­cza­ro­wały. Przy ucze­niu wszyst­kich 6 języ­ków na raz, jakość roz­po­zna­wa­nia była bar­dzo niska. Od 20 do 50%. Z czego naj­go­rzej sieć roz­po­zna­wała… język angiel­ski. Naj­le­piej za to wło­ski. Wło­ski prak­tycz­nie wygry­wał w każ­dej kon­fi­gu­ra­cji. Naj­le­piej był roz­po­zna­walny (i to w pra­wie 85%) przy zesta­wie 3 języ­ków — pol­skim, wło­skim i hisz­pań­skim. Nie zdzi­wiło mnie to. Jeśli zna­cie melo­dię języka wło­skiego (a mój pro­gram wła­śnie ana­li­zuje melo­dię wypo­wia­da­nych zdań), to wie­cie, że każde zda­nie koń­czy się sko­kiem into­na­cji od dźwięku wyż­szego do niż­szego. Co wię­cej –bada­nia na prób­kach żywej ludz­kiej mowy wypa­dły nieco gorzej niż na prób­kach syntetycznych.

Czy więc ponio­słem klę­skę? W żadnym wypadku! Wycią­gną­łem wnio­ski, które pozwolą mi na udo­sko­na­le­nie algo­rytmu i prze­pro­wa­dze­nie kolej­nych badań. Na pewno nie porzucę tego co zaczą­łem. A świa­do­mość tego, że moja publi­ka­cja jest chyba jedyną taką w języku pol­skim, moty­wuje mnie dodat­kowo. W końcu inter­fejsy gło­sowe za kilka lat staną się bar­dzo popu­larne, a ja two­rzę pewien ważny wyci­nek tego, co w tych inter­fej­sach będzie imple­men­to­wane. Napi­sa­łem przy­zwo­itą pracę, z któ­rej jestem zado­wo­lony i która rokuje na przy­szłość. Jesz­cze czeka mnie obrona na początku paź­dzier­nika i wtedy będę mógł ode­tchnąć :-) . I z pew­no­ścią po obro­nie opi­szę bar­dziej szcze­gó­łowo wyniki badań, a także opu­bli­kuję swoją pracę w internecie.

Mam nadzieję, że Was nie zanu­dzi­łem, i że kogoś innego oprócz mnie też to zain­te­re­so­wało. W razie czego — pytaj­cie w komen­ta­rzach. Chęt­nie odpo­wiem :-)

„Dzień Bloga” po mojemu

Napisał EChO w kategorii Osobiste 31 sie 2008

Tagi: , , , ,

4

Mając jesz­cze kil­ka­na­ście minut do końca Dnia Bloga, pozwolę sobie opi­sać kilka blo­gów, które czy­tam regu­lar­nie (przez RSS i nie tylko), a które nie doty­czą branży kom­pu­te­ro­wej ani inter­ne­to­wej. Są to blogi, na któ­rych każdy wpis czyta się z przy­jem­no­ścią i czeka się z nie­cier­pli­wo­ścią na następny. Nie peł­nią one roli dostar­czy­cieli niu­sów czy też porad z kon­kret­nej dzie­dziny, a przed­sta­wiają pewne pro­blemy z punktu widze­nia autora. Cho­ciaż nie znam oso­bi­ście (ani nawet inter­ne­towo) tych ludzi — cenię ich za inte­li­gen­cję, otwar­tość i spo­sób wyra­ża­nia wła­snych myśli. Czy­ta­jąc każdy kolejny wpis mogę się odprę­żyć i prze­czy­tać go powoli i w spo­koju. Wtedy dociera do mnie to, co ma dotrzeć i pobu­dzić moje szare komórki do działania.

Nie będę do końca prze­strze­gał reguł Dnia Bloga — przed­sta­wię krótko tylko 4 blogi, które w 100% zali­czają się do kate­go­rii opi­sa­nej powy­żej, a jed­no­cze­śnie nie są blo­gami pisa­nymi przez moich przy­ja­ciół. Żeby nie było — porzą­dek jest alfa­be­tyczny ;-)

Auto­ma­ciej — racjo­na­li­sta i scep­tyk, muzyk i pro­gra­mi­sta. Maciek jest cie­ka­wym czło­wie­kiem o sze­ro­kich zain­te­re­so­wa­niach i otwar­tym umy­śle. Dość bli­ski mi w poglą­dach, a także w muzycz­nych fascynacjach.

Docendo disci­mus — blog angli­sty, dla któ­rego praca z mło­dzieżą jest powo­ła­niem, rado­ścią, a jed­no­cze­śnie nie zabiera mu całego życia. Wpisy o szkole pełne są cie­pła, a nie­szkolne zwra­cają uwagę na wiele idio­ty­zmów zarówno w naszym kraju jak i na świecie.

Lanooz — młoda dziew­czyna, pocho­dząca z Wiet­namu, a miesz­ka­jąca i ucząca się w Pol­sce. Jej doj­rzałe podej­ście do świata zostało zauwa­żona już przez wielu innych zna­nych mi blog­ge­rów. Tra­fi­łem tu zresztą wła­śnie dzięki jed­nej takiej reko­men­da­cji :-) . Róż­no­rodne wpisy, tak jak i sze­ro­kie zain­te­re­so­wa­nia Lan, nigdy nie pozwa­lają mi się nudzić na jej blogu.

Wal­purg — blog poli­tyczny czło­wieka, który nie boi się otwar­cie kry­ty­ko­wać tego co jest nie­do­rzeczne w pol­skiej poli­tyce. Cie­kawe spoj­rze­nie na świat, a do tego libe­ralne poglądy — podobne do moich :-)

Cho­ciaż nie znam Was — dzię­kuję za to, że jeste­ście i dostar­cza­cie mi pobu­dza­czy dla moich sza­rych komó­rek :-)

Szczeciński dworzec PKP

Napisał EChO w kategorii Społeczeństwo 24 sie 2008

Tagi: , , , ,

2

Szczecin Główny - dworzec PKPPo prze­czy­ta­niu cie­ka­wego repor­tażu o dwor­cach PKP w więk­szych mia­stach Pol­ski, nasu­neło mi się kilka reflek­sji odno­śnie dworca w Szcze­ci­nie i podróż­nych. Z racji czę­stego korzy­sta­nia z tego dworca, o róż­nych porach, w róż­nym celu, zaob­ser­wo­wa­łem zarówno cie­kawe zacho­wa­nia pasa­że­rów, jak i pra­cow­ni­ków PKP.

Pierw­sza reflek­sja — ludzie nie potra­fią czy­tać! Przed poja­wie­niem się ładnego, oszklo­nego salonu PKP Inter­city, kolejki do kas „zwy­kłych” dłu­żyły się nie­mi­ło­sier­nie. Przy kasach PKP Inter­city pustki lub poje­dyn­czy klienci. Nawet nie poma­gała tabliczka z dużym napi­sem, który infor­mo­wał, że w tych kasach można kupić bilet na wszyst­kie połą­cze­nia. Po remon­cie dworca poja­wił się ładny nowo­cze­sny salon IC… i co? Kolejki przy kasach nadal dłużą się nie­mi­ło­sier­nie, a w salo­nie pustki. Jak cytuje autor wspo­mnia­nego repor­tażu: „(…) «Tam na pewno nie kupię biletu — skoro tuż obok do kasy tego samego Inter­City wije się długa kolejka…» — myślą pasa­że­ro­wie (…)”.

Inną sprawą jest zatrud­nia­nie kasje­rek (bo aku­rat nie­liczni kasje­rzy na szcze­ciń­skim dworcu są uprzejmi), które nie nadają się do pracy z ludźmi (albo pamię­tają jesz­cze cudowne czasy PRLu). Kasjerka pyta mnie o trasę prze­jazdu pociągu, któ­rym chcę jechać (ze Szcze­cina do Mrą­gowa). Nie znam tej trasy dokład­nie, więc podaję jej godzinę odjazdu pociągu. Ale kasjerka dalej nie wie jaka to trasa. Czyżby sys­tem infor­ma­tyczny PKP był tak skon­stru­owany, że kasjerka nie ma dostępu do infor­ma­cji o godzi­nie odjazdu pociągu, na który bilet ma sprze­dać? No nic… odsyła mnie do infor­ma­cji. W infor­ma­cji miły pan dru­kuje mi skró­cony roz­kład jazdy tego mojego pociągu. Dopy­tuję jesz­cze, czy to wystar­czy pani w kasie. Po twier­dzą­cej odpo­wie­dzi udaję się do kasy, a tam kasjerka ochrza­nia mnie, że z tego nic nie wynika i ona nadal nie wie jaki bilet ma mi sprze­dać. Znowu mnie odsyła do infor­ma­cji, ale tym razem pro­te­stuję — niech idzie sama. Poszła. Wró­ciła i sprze­dała mi bilet. Mój błąd, że dopiero w pociągu zauwa­ży­łem, że bilet w odcinku mię­dzy Pozna­niem a Olsz­ty­nem jest wysta­wiony na pociąg oso­bowy, a nie pospieszny.

Sam dwo­rzec po remon­cie z zewnątrz wygląda ładnie. Od wewnątrz podob­nie jak wcze­śniej, ale też trzyma poziom. Gorzej jest z pero­nami. Szcze­gól­nie, że ktoś, kto jest tu pierw­szy raz i nie zna dworca — będzie miał pro­blem z szyb­kim zna­le­zie­niem peronu czwar­tego. A jak się zorien­tuje gdzie on jest — doj­ście zaj­mie mu dłuż­szą chwilę. Krze­se­łek na pero­nach 1 – 3 też mogłoby być nieco wię­cej. Ale przy­naj­mniej są auto­maty z kawą ;-)

Ogól­nie szcze­ciń­ski dwo­rzec PKP nie jest taki zły w porów­na­niu z innymi więk­szymi mia­stami. Gdyby jesz­cze tylko coś zro­bić z przej­ściem pod­ziem­nym — byłoby dobrze :-)

Informacjoholizm

Napisał EChO w kategorii Osobiste 21 sie 2008

Tagi: , ,

6

Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś, czy jeste­ście uza­leż­nieni od kom­pu­tera? Albo od Inter­netu? Ja się nie­dawno zasta­na­wia­łem. Od kom­pu­tera już nie raz odpo­czy­wa­łem (o ile mogłem). Jego brak przez pierw­sze kilka dni mi zupeł­nie nie prze­szka­dza. Potem, zazwy­czaj gdy tro­chę się nudzę, mam ochotę zoba­czyć co tam sły­chać w świe­cie i korzy­stam z Inter­netu w tele­fo­nie. Czyli mógł­bym powie­dzieć, że bar­dziej jestem uza­leż­niony od Inter­netu niż od kom­pu­tera. Ale to by była tylko czę­ściowa prawda. To, czego naj­bar­dziej mi bra­kuje, gdy nie mam dostępu do kom­pu­tera czy też tele­fonu, to infor­ma­cje. Takim źródłem infor­ma­cji może być tele­wi­zja, tele­ga­zeta, a w osta­tecz­no­ści prasa papie­rowa. Po kilku dniach odpo­czynku zawsze naj­bar­dziej bra­kuje mi niu­sów — co się wyda­rzyło w kraju, na świe­cie, w branży… to jest wła­śnie naj­więk­szy nar­ko­tyk. Czy jestem infor­ma­cjo­ho­li­kiem? :-)